Mimo nieposkromionej ciekawości, ostrożności mi nie brakuje. Idąc 20 minut ulicą na której nie ma ani jednej europejskiej twarzy, czuję lekki ścisk w żołądku.
Hong Kong, dzień trzeci.
Zazwyczaj zwiedzam miasta piechotą. Spacerowanie daje większą możliwość odkrycia rzeczy niedocenianych. Dziś jednak decyduje się na metro, bo miejsca, które chce odwiedzić rozstrzelone są po całym Hong Kongu, a czasu coraz mniej. Kupuję karnet dobowy i jadę.
Odhaczam kolejne punkty na mapie. Po którymś przejeździe decyduję się na kilka dodatkowych przystanków "zapłacone = musi być wyjeżdżone :D". I tak trafiłam do świątyni Sik Sik Yuen Wong Tai Sin. Po przekroczeniu bramy, dosłownie przeniosłam się do magicznego miejsca. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Mnóstwo myśli i pytań, jednak pytać nie ma kogo, bo większość osób przyszła tu w celach duchowych. Każdy z tych rytuałów, wygląda jak scena z filmu. Kadzidełka, patyczki, kamyki, dzwonki, bębny, owoce...
Dla mnie szok, dla nich codzienność. I tak właściwie ze wszystkim.



















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz