Ostatnie godziny, chciałam wykorzystać w 100%. Rano udałyśmy na typowe tajwańskie śniadanie, które musi składać się z miseczki ciepłego mleka sojowego. Oprócz mleka wybór jest spory. Bułeczki nadziewane mięsem i warzywami, smażone w głębokim oleju pałeczki, naleśniki z cebulką i jajkiem (coś podobnego do naszych omletów), bułeczki na słono ze szczypiorkiem i sezamem, które moim zdaniem są najlepsze *.*
Potem wyruszyłam na "Elephant Mountain". Widok na centrum robi wrażenie, szczególnie budynek Taipei 101, jeden z najwyższych wieżowców świata. Inspiracją dla jego interesującego kształtu, był bambus. Widocznych jest aż osiem części, co z kolei związane jest z tradycją i wierzeniami, podobno w języku chińskim słowo "osiem" prawie brzmi jak "bogactwo" i tak właśnie wyrosła ta szalona bryła.
Na szczycie spotkałam dwóch ciekawych Panów. Pierwszy z nich - lokalny szaman, pojawił się gdy zasapana wspinaczką padłam na ławeczkę. Kazał mi usiąść tak aby całym ciałem przyciskać pięty, co podobno daje ukojenie (aż poprosiłam go o zdjęcie, bo wiem jak absurdalnie to brzmi :D), potem robiło się coraz ciekawiej... Chińskim angielskim opowiadał mi jakie punkty na ciele są najbardziej spięte i co robić aby je rozluźnić i może na tym skończę opowieść o szalonym chińskim dziadku hahaha Wtedy na balkon wszedł Pan rozmawiający pięknym angielskim ze starszą Azjatką. Przekonana, że to Amerykanie poprosiłam ich o zdjęcie i tak od słowa do słowa mówię, że jestem Polką. "Niesamowite! Ja znam Polski! Miło z Panią porozmawiać! Urodziłem się w Szwecji, studiowałem w Polsce, a teraz jeżdżę po świecie i uczę języka angielskiego" - powiedział do mnie siwiutki Pan, pięknym polskim z lekkim angielskim akcentem, szok!
I tak moja tajwańska przygoda się kończy, było cudownie! Mam nadzieję, że będzie mi dane, tam wrócić!
Ofiara złożona w świątyni, plastikowa świnia obwieszona paczkami makaronu.
Podobno w mniejszych miejscowościach ludzie wciąż
przynoszą całe upieczone świnie w ofierze.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz