środa, 21 września 2016

Lepsze i gorsze dni.

Gwangju.

Dokładnie miesiąc temu dotarłam do Azji. Wylądowałam w Hong Kongu, nie mając zielonego pojęcia czego powinnam się spodziewać po wyjściu z samolotu. Wiedziałam jedno, że od tego momentu jestem zdana tylko na siebie. Dosłownie wszystko jest w moich rękach.

Nigdy wcześniej nie podróżowałam samotnie. Czytałam artykuły i słuchałam znajomych. "Musisz spróbować, wydaje się straszne, ale obiecuję - pokochasz to uczucie". Mimo tych zapewnień, wciąż nie potrafiłam sobie tego wyobrazić... Zachodziłam w głowę "Jak to jest?".

Dziś mogę szczerze powiedzieć, że jest to wspaniałe uczucie. Oczywiście nie twierdze, że każdy jest stworzony do takich przygód, ale jeśli ma się w sercu wrodzoną ciekawość do świata, wtedy możemy po prostu podążać za jej głosem.

Bywają lepsze i gorsze dni. Całe szczęście o tych gorszy zapomina się bardzo szybko.

Znajoma (całuję Cię Michasia :D) powiedziała mi, że powinnam pisać o jakiś złych doświadczeniach, bo ciężko uwierzyć, że wszystko jest takie "cudowne". No więc tak, przyznaje było kilka momentów w których dreszcz przebiegł mi po plecach.

Pierwszym z nich było szukanie hostelu w Hong Kongu. Była godzina 6 rano, padał deszcz, taksówkarz wyrzucił mnie i moją ogromną walizkę na skrzyżowaniu. Przez pierwsze 20 minut szukałam wejścia i właściwego piętra, gdy je znalazłam okazało się, że nie ma tam nikogo, drzwi do hostelu są zamknięte, a na korytarzu kręci się jakich dziwny mężczyzna. Po kilku minutach przyszedł do mnie stróż mówiący tylko do chińsku i na migi pokazał, że mam wyjść i wrócić około 12, wtedy ktoś powinien się zjawić i mnie wpuścić.

Tym właśnie sposobem ja i moja 25. kilogramowa walizka wylądowałyśmy z powrotem na zatłoczonej ulicy w środku miejskiej dżungli. Problem w tym, że każde miejsce w którym mogła bym poczekać znajdowało się na piętrze lub w piwnicy, co z moim "dobytkiem na plecach" było nieosiągalne. Ostatecznie udało się. Znalazłam knajpę, zamówiłam kawę, potem drugą...jednak jet lag, dawał znać, że w Polsce mamy środek nocy. I tutaj pojawił się pomysł "muszę znaleść jakieś zadanie, które odwróci moją uwagę od stojącego w miejscu zegara...".

BLOG - był to moment w którym napisałam pierwszy post (http://twojeyoutro.blogspot.kr/2016/08/mysl-o-pisaniu-swego-rodzaju-dziennika.html). Cudem przetrwałam do godziny 12 i szczęśliwie zameldowałam się w hostelu.

Przeżyłam też zatrucia pokarmowe, spacery po dzielnicach z których chce się jak najszybciej uciec, walkę z walizką, której nie możesz podnieść, niedziałające bankomaty, zupę która wygląda jak woda od mopowania, machnięcia ręką na znak to twój problem, że nie rozumiesz naszego języka, koreański hostel w dzielnicy "rosyjskich" czerwonych latarni i tysiące dziwnych spojrzeń... I choć były to momenty w których cudownie byłoby złapać kogoś za rękę, nie żałuję.

W każdej z tych chwil powtarzałam sobie w myślach "Dasz radę, dasz radę. To nic wielkiego. Będzie dobrze." i zawsze było, i miejmy nadzieję, że tak będzie do końca.

Z okazji tej azjatyckiej miesięcznicy - wybrałyśmy się na prawdziwą ucztę. Shabu Shabu I love u! :D
Shabu Shabu



lodowe arcydzieła *.*









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz