czwartek, 13 października 2016

Publiczne łaźnie - podejście pierwsze.

Korea Południowa, Gwangju.

Weekend był zwiastunem nadchodzącej jesieni, nad czym ubolewam, bo wrzesień w szortach i klapkach to cudowna sprawa. Aby trochę się wygrzać wybrałyśmy się do jjimjilbang - tradycyjnej publicznej łaźni. Bardzo ciężko było mi to sobie wyobrazić i równie trudno jest mi to teraz opisać, ale spróbuję! 

Otoż jjimjilbang to miejsce czynne całą dobę, odwiedzane głównie przez pary lub starszych koreańczyków. Kupując bilet (ok.30zł) możemy zostać tam tak długo jak tylko chcemy, stąd wiele osób najzwyczajniej tam nocuje. Jako że w azjatyckiej kulturze jedzenie, siedzenie, a nawet spanie na podłodze jest zupełnie normalne, koreańczycy nie mają z tym najmniejszego problemu. 

Na wejściu dostajemy uniform (spodnie i koszulka) i kilka małych ręczników. Przechodzimy do części dla kobiet, gdzie natychmiast musimy ściągnąć buty i zaakceptować fakt, że od tego momentu chodzimy na boso. 

Tuż za rogiem naszym oczom ukazują się koreańskie nagie ciała. Kobiety siedzą w szatni na podłodze czy na ławkach w pełni pochłonięte rozmowami, oglądaniem telewizji czy dbaniem o swoją urodę (np. regulują brwi). Nie będąc gotowe na tak odważne posunięcie, włożyłyśmy szybko swoje uniformy i udałyśmy się do części głównej. 

Pierwsze pomieszczenie to pokój z 3 piętrami małych wykafelkowanych „jaskini” w których możemy spać. Wyglądało to jak prymitywne "pokoje" hoteli kapsułowych. Kolejnie mamy duży "salon" z telewizorem, fotelami do masażu i knajpą. I tu ważna sprawa! Dwie rzeczy, które trzeba zamówić to "Sik-hye" oraz "Maekbanseok egg". Pierwsza - "Sik-hye"- to zamrożony słodki napój z sfermentowanego ryżu, nie brzmi zachęcająco, ale smakuje pysznie! Druga - "Maekbanseok egg" - pieczone jajko, które pod wpływem wysokiej temperatury zmienia kolor na brązowy/szary. 

W "salonie" jedni śpią, inni rozmawiają,  jeszcze inni oglądają seriale popijając "Sik-hye". Dookoła biegają dzieci wcinające koreański ramen (my nazwalibyśmy to po prostu zupką chińską), część z nich z kolorowymi maseczkami na twarzach.

Główną atrakcją są pomieszczenia wokół "salonu". W każdym z nich utrzymywana jest inna temperatura. Zaczynając od takich wypełnionych lodem, przez 36, 50, 55 i na 66 stopniach celsjusza kończąc. Wnętrza są różne, czasem są to zwykłe pokoje, czasem groty solne, a czasem cała podłoga wypełniona jest małymi kamieniami, niczym kamienista plaża. 

Zaprawieni w bojach koreańczycy mogą siedzieć w każdym z tych pomieszczeń bardzo długo. Oczywiście po takiej "gorącej sesji" całe ich uniformy są dosłownie zlane potem. Mi wystarczyło kilka minut i chciałam uciekać! Czuję, że muszę jeszcze poćwiczyć :D


Salon i koreańskie seriale ;)


"Sik-hye" i "Maekbanseok egg"


Koreański ramen




Garam w lodówce ;)









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz