Taipei, dzień pierwszy.
Jestem tu dokładnie 24 godziny, a ilość nowych, przelotnych (i trwalszych) znajomości już pobiła pięć dni w Hong Kongu.
Prawdę mówiąc gdybym chciała opisać każdą z tych sytuacji, byłby to zapewne najdłuższy post. Rozmowy na migi, tłumaczenie zawartości kanapek ryżowych z google translate, wspólne spacery na przystanek i rozmowy (łamanym angielskim). Zawsze ktoś musiał zdobyć się na odwagę, aby ten kontakt nawiązać. Nie jest tak strasznie :)
Najpierw wczłapałam się na Grand Hotel, który na żywo robi jeszcze większe wrażenie niż na zdjęciach, potem przypadkiem trafiłam do Martyrs' Shrine, miejsca upamiętniającego poległych żołnierzy. Zmiana warty trwająca około pół godziny, była wielkim widowiskiem.
Popołudniu zdecydowałam się na zwiedzanie świątyni, organizowane przez grupę studentów TourMeAway. Genialna sprawa, darmowe piesze wycieczki po mieście organizowane przez mieszkańców. Staje się to coraz bardziej popularne, także aktualnie znajdziecie takie wycieczki w większości miast, polecam!
Wieczór spędziłam z koleżanką z Tajwanu i jej znajomymi na koncercie lokalnych DJ-ów w starej fabryce tytoniu *.* Niesamowite przeżycie! ŚWIETNIE ubrani młodzi ludzie, zupełnie inna muzyka, miejsce z duszą, inspiracja pełną parą!
Podsumowując. We are all people.
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz