Naejangsan park opisywany jest jako miejsce, które trzeba odwiedzić jesienią. W jednym z pierwszych tygodni w Korei przeczytałam o nim na jakimś blogu i czekałam, aż matka natura czarodziejską różdżką pomaluje drzewa we wszystkie barwy jesieni.
Namówiłam dziewczyny, aby wykorzystać wolny poniedziałek na kolejną wędrówkę po górach. Początkowo nie były zachwycone, bo sobotnia wyprawa wciąż o sobie przypominała. Wystarczyło jednak pokazać kilka zdjęć i stwierdziły, że musimy pojechać.
Tym razem trzeba było wybrać się do innego miasta. Pierwszą przygodę zaliczyłyśmy już w drodze na dworzec, kierowca miejskiego autobusu zatrzymał się nagle na środku ulicy i przekazał nam po koreańsku, że dalej nie pojedzie, bo coś się popsuło. Była z nami nasza niezastąpiona Marine - pół-Koreanka, mówiąca perfekcyjnie w tym skomplikowanym języku, więc miałyśmy pojęcie co się dzieje. Wszyscy wysiedli. Lekko zdezorientowane stałyśmy na poboczu drogi. Po kilku minutach kierowca ponownie otworzył drzwi autobusu i przekazał "Wsiadajcie, spróbuję dojechać do kolejnego przystanku". Optymistycznie to nie brzmiało... ale całe szczęście dotarłyśmy na dworzec 10 minut przed odjazdem busa do Parku Narodowego.
Pierwsze kilometry nie były zbyt wymagające. Trasa prowadziła wzdłuż rzeki, otoczonej pięknymi drzewami. Urocza odmiana klonu z malutkimi czerwono-pomarańczowymi listkami i miłorząb japoński przypominał, że jesteśmy w Azji. Oczywiście nie zabrakło świątyń i posągu złotego Buddy.
Gdy dotarłyśmy do odcinka o oznaczeniu "średniozaawansowany", prowadzącego na szczyt Bulchulbong (622m n.p.m.) w głowie miałam pytanie "Jeśli to jest średniozaawansowany, to jak wygląda zaawansowany, a co dopiero "ekspert"...?". Stałyśmy kilka minut zastanawiając się czy podjąć to wyzwanie. Jednak schodzący z góry w pełni wyposażeni Koreańczycy w podeszłym wieku, rzucali nam rękawice ;) "Oni dali radę, a my nie damy...? Oczywiście, że damy!". Marine przysłuchiwała się rozmowom mijającej nas grupy piechurów i zdanie "Było ciężko, ale naprawdę warto!" przeważyło. Ruszyłyśmy w górę.
Im ciężej robi się na trasie, tym atmosfera staje się cieplejsza. Każda kolejna mijana osoba witała nas z uśmiechem, dodając otuchy na kolejne metry wspinaczki. Widok ze szczytu był jednym z najpiękniejszych górskich widoków, jakie było dane mi dotychczas zobaczyć. Dumne siedziałyśmy na gołych skałach, doładowując baterie batonami musli i suszonymi bananami.
Gdy dotarłyśmy do wioski u podnóża gór okazało się, że 5 minut wcześniej odjechał nasz ostatni autobus do Gwangju... Całe szczęście Marine była z nami! Ktoś podpowiedział, że możemy jechać do pobliskiego miasta taksówką i spróbować tam złapać autobus. Wsiadłyśmy do taksówki, w drodze miły pan kierowca zaproponował, że właściwie może zawieść nas aż do Gwangju. Marine wytargowała dobrą cenę i tym sposobem odbyłam najdłuższą w życiu podróż taksówką.
O widokach pisać nie będę. Po prostu je pokażę.
Wowow zdjęcia wyglądają jak namalowane :O
OdpowiedzUsuńprześlicznie tam <3
Dziękuję! Też się zakochałam w tych widokach <3
Usuń