wtorek, 18 października 2016

O JEJU!

Korea Południowa, wyspa Jeju.

Jeju-do ("do" znaczy wyspa) to największa wyspa Korei Południowej. Położona na południowo-wschodnim wybrzeżu duma koreańczyków, powstała w wyniku erupcji wulkanu Hallasan, który jest zarazem najwyższym szczytem Korei. Jeju jest nazywana "wyspą miłości" lub "koreańskimi Hawajami", stąd jest modnym kierunkiem na azjatycki miesiąc miodowy.

Pytając kogokolwiek o to co powinniśmy w Korei odwiedzić każdy odpowiada "Seul, Busan i Jeju". Z Seulem i Busam poszło łatwo. Na Jeju możemy popłynąć promem lub polecieć samolotem. Wycieczka promem z miasta w pobliżu Gwangju to ok. 5h + dojazdy i cała logistyka... Zdecydowanie za dużo czasu na weekendowy wyjazd. Lot z lotniska w Gwangju trwa 45 minut, jednak ceny lotów odstraszają. Mimo tego z uporem maniaka wyszukiwałam jakiegoś taniego połączenia i udało się! Upolowane bilety lotnicze okazały się tańsze niż te na prom, także jestem dumna!

Plan był taki, żeby zobaczyć jak najwięcej. Ostateczny wybór to objazdówka - 4 noce, każda w innym hostelu.

W piątek rano zwarte i gotowe ruszyłyśmy w trasę. Plan był następujący:

1. Hamdeok Beach
Nasz pierwszy przystanek to piękna piaszczysta plaża i szmaragdowe morze. Kolor wody, wydawał się wręcz nierealny. Ciężko napisać coś więcej, więc pozwolę zdjęciom mówić za mnie ;)

2. Manjang-gul
Jest to jeden z najdłuższych na świecie systemów jaskiń wulkanicznych (7,4 km). Wysokość jaskiń to przedział od 2m do 23m, także moje początkowe wyobrażenie o "wycieczce do jaskini" zostało dość mocno skorygowane :D Trasa turystyczna wynosi ok. 1 km, temperatura w środku to ok. 10 stopni Celsjusza. Po przejściu tej trasy w głowie miałam jedną myśl "Matka Natura nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać"

Główna droga oddalona jest od jaskini około 3 km, więc postanowiłyśmy złapać stopa. I tu kolejne miłe koreańskie zaskoczenie. Pierwszy mijający nas samochód zatrzymał się. Rodzina z dzieckiem i załadowanym po dach autem. Mama wzięła synka na kolana, tata upchnął nasze plecaki w bagażniku, a nas cztery na tylnej kanapie. Rodzinka była tak miła, że zamiast wyrzucić nas na przystanku, zawiozła nas do naszego kolejnego celu. Siedzący u mamy na kolanach chłopczyk, zdawał się mieć najlepszy dzień życia, przypuszczam, że cała jego klasa usłyszała opowieść "o 4 dziewczynach z Europy, upchniętych w jego samochodzie" :D

3. Woljeong Beach
Gdy moim oczom ukazało się to miejsce poczułam miłość od pierwszego wejrzenia. Połączenie białego piasku z czarnymi kamieniami, lekko porośniętymi glonami i płycizną... Przepiękne! Zobaczcie sami ;)

4. U-do
Udo to największa z wysp w otoczeniu Jeju, jej nazwa do dosłownie "wyspa krowa", gdyż jej kształt podobno przypomina krowę. Na Udo płynie się z Jeju 15 minut promem. Na miejscu najlepiej wypożyczyć rowery lub skutery i objechać wyspę dookoła. Ostatni prom na Jeju odpływa o 17.30, także miałyśmy do zagospodarowania niecałe 2h. Wsiadłyśmy do lokalnego busa "hop-on, hop-out" i udało nam się w zbyt szybkim tempie zobaczyć kawałek Udo. Na Udo trzeba koniecznie zjeść lody o smaku orzeszków ziemnych, które są tutaj uprawiane. Pan serwujący ten deser, miał przy tym niezłą zabawę ;)

Po powrocie z Udo, wygłodniałe pochłonęłyśmy kolację uświadamiając sobie, że jest to pierwszy raz tego dnia, gdy siedzimy dłużej niż 15 minut. O godzinie 20 leżałyśmy już w łóżkach, aby zebrać siły na jeszcze wcześniejszą pobudkę.

 Hamdeok Beach




Manjang-gul

Woljeong Beach





 Czarna plaża na U-do

Lody orzechowe w wydaniu specjalnym haha

Zupa z makaronem, warzywami i wieprzowiną

Mango bingsu <3







czwartek, 13 października 2016

Publiczne łaźnie - podejście pierwsze.

Korea Południowa, Gwangju.

Weekend był zwiastunem nadchodzącej jesieni, nad czym ubolewam, bo wrzesień w szortach i klapkach to cudowna sprawa. Aby trochę się wygrzać wybrałyśmy się do jjimjilbang - tradycyjnej publicznej łaźni. Bardzo ciężko było mi to sobie wyobrazić i równie trudno jest mi to teraz opisać, ale spróbuję! 

Otoż jjimjilbang to miejsce czynne całą dobę, odwiedzane głównie przez pary lub starszych koreańczyków. Kupując bilet (ok.30zł) możemy zostać tam tak długo jak tylko chcemy, stąd wiele osób najzwyczajniej tam nocuje. Jako że w azjatyckiej kulturze jedzenie, siedzenie, a nawet spanie na podłodze jest zupełnie normalne, koreańczycy nie mają z tym najmniejszego problemu. 

Na wejściu dostajemy uniform (spodnie i koszulka) i kilka małych ręczników. Przechodzimy do części dla kobiet, gdzie natychmiast musimy ściągnąć buty i zaakceptować fakt, że od tego momentu chodzimy na boso. 

Tuż za rogiem naszym oczom ukazują się koreańskie nagie ciała. Kobiety siedzą w szatni na podłodze czy na ławkach w pełni pochłonięte rozmowami, oglądaniem telewizji czy dbaniem o swoją urodę (np. regulują brwi). Nie będąc gotowe na tak odważne posunięcie, włożyłyśmy szybko swoje uniformy i udałyśmy się do części głównej. 

Pierwsze pomieszczenie to pokój z 3 piętrami małych wykafelkowanych „jaskini” w których możemy spać. Wyglądało to jak prymitywne "pokoje" hoteli kapsułowych. Kolejnie mamy duży "salon" z telewizorem, fotelami do masażu i knajpą. I tu ważna sprawa! Dwie rzeczy, które trzeba zamówić to "Sik-hye" oraz "Maekbanseok egg". Pierwsza - "Sik-hye"- to zamrożony słodki napój z sfermentowanego ryżu, nie brzmi zachęcająco, ale smakuje pysznie! Druga - "Maekbanseok egg" - pieczone jajko, które pod wpływem wysokiej temperatury zmienia kolor na brązowy/szary. 

W "salonie" jedni śpią, inni rozmawiają,  jeszcze inni oglądają seriale popijając "Sik-hye". Dookoła biegają dzieci wcinające koreański ramen (my nazwalibyśmy to po prostu zupką chińską), część z nich z kolorowymi maseczkami na twarzach.

Główną atrakcją są pomieszczenia wokół "salonu". W każdym z nich utrzymywana jest inna temperatura. Zaczynając od takich wypełnionych lodem, przez 36, 50, 55 i na 66 stopniach celsjusza kończąc. Wnętrza są różne, czasem są to zwykłe pokoje, czasem groty solne, a czasem cała podłoga wypełniona jest małymi kamieniami, niczym kamienista plaża. 

Zaprawieni w bojach koreańczycy mogą siedzieć w każdym z tych pomieszczeń bardzo długo. Oczywiście po takiej "gorącej sesji" całe ich uniformy są dosłownie zlane potem. Mi wystarczyło kilka minut i chciałam uciekać! Czuję, że muszę jeszcze poćwiczyć :D


Salon i koreańskie seriale ;)


"Sik-hye" i "Maekbanseok egg"


Koreański ramen




Garam w lodówce ;)









wtorek, 11 października 2016

Typowy koreański weekend.

Korea Południowa, Gwangju.

Korea - mały kraj który oferuje niesamowicie wiele. Ostatnimi czasy koreańska moda i kosmetyki, o jedzeniu nie wspominając podbijają światowe gusta. Szokujące i bardzo interesujące. Nie mam pojęcia jak oni to robią, ale do mnie też trafiają. Pierwsza miłość to ich styl, który codziennie mnie inspiruję. Kolejna to jedzenie, które początkowo było stanowczo za ostre, ale z każdym kocham je coraz bardziej. No i w końcu kosmetyki. Nie jest ze mnie jakaś wielka pasjonatka, ale tutaj nie da się pozostać obojętnym. Aaa! Prawie bym zapomniała! Trzeba jeszcze wspomnieć o całej kulturze gier alkoholowych. Jestem naprawdę pod wrażeniem kreatywności ich twórców :D

Korzystając z weekendu w Gwangju obok nauki na zbliżające się egzaminy, postanowiłam sprawdzić co robią tutaj miejscowi. 

W piątek wybrałyśmy się z Yeseo do centrum na zakupy, kolacje i kawkę. Wszystkie trzy punkty wieczoru zaliczam do jak najbardziej udanych! 

Koreańskie butiki są świetne. Jakość materiałów pozytywnie zaskakuje. Ciekawa obserwacja - na większości metek (jeśli nie na wszystkich) jakie zarejestrowałam widniał napis „Made in Korea”. Co jest dużym zaskoczeniem po wszystkich chińskich, bangladeskich, wietnamskich… produkcjach do których przywykłam. Fakt, że mam ze sobą tylko jedną walizkę, jest jedynym głosem rozsądku! ;) 

Kolacja oczywiście nie obyłaby się bez miseczki ryżu, a ukryta kawiarnia uraczyła nas popularną „green tea latte”, sernikiem z figami i uroczym macaronickiem, oczywiście też o smaku zielonej herbaty. Pyszności! 


Sobotni wieczór spędziłyśmy na tradycyjnym koreańskim markecie objadając się street foodem. Fishcake soup, koreańskie naleśniki z kimchi, ddeokbokki - rice cake w pikantnym czerwonym sosie, kurze łapki, takoyaki - japońska przekąska, smażone w specjalnej maszynie kulki z kawałkiem ośmiornicy w środku i koreańskie „warstwowe” ciasto o smaku zielonej herbaty ;) Oprócz jedzenia na markecie możemy posłuchać muzyki, poczytać książki siedząc w namiotach i zakupić ręcznie robione cudeńka. 

Z wypełnionymi brzuchami dojechałyśmy do centrum i usiadłyśmy w jednym z barów. W pewnym momencie podeszła do nas grupka koreańczyków „Hej chciałybyście może do nas dołączyć siedzimy na górze”. I tak korzystając z naszej „egzotycznej” urody załapałyśmy się na serię koreańskich gier alkoholowych i darmowy somaek (soju+maekju=piwo). Chłopcy choć sympatyczni z angielskim mieli spory problem, więc gratuluję odwagi i wyobraźni :DD


Bankomat w środku butiku - czemu nie? ;)



Ddeokbokki - rice cake w pikantnym czerwonym sosie.



Naleśnik z kimchi i ddeokbokki

Kurze łapki ;)

Takoyaki

koreańskie „warstwowe” ciasto o smaku zielonej herbaty *.*


piątek, 7 października 2016

I CO TERAZ?

Korea Południowa, Seul.

Najbardziej stresująca rzecz, jaka może się przydarzyć w dalekiej podróży to ewidentnie zgubienie paszportu. Paszportu który pozwoli Ci zameldować się w hostelu, wrócić do domu, a szczególnie tego w którym jest wiza. Jeśli stanie się to faktem, w głowie mamy tylko jedno pytanie „I CO TERAZ?”

Carli otworzyła plecak i z paniką w oczach, w milczeniu wyrzucała z niego wszystkie rzeczy. „Chyba zgubiłam paszport…”. Próbując zachować zimną krew, z udawanym spokojem przeglądałam wszystkie jej rzeczy. Następnie nasze plecaki, torby, kosmetyczki, łóżko... 

Paszportu niestety nie było. W naszych głowach pojawiło się owe - „I co teraz?”

Carli zadzwoniła do ambasady. Ich słowa nie pocieszały. Sytuacja nie była bez wyjścia, ale nie był to najłatwiejszy i najtańszy proces. Pierwszą rzeczą jaką musiałyśmy zrobić było zgłoszenie zguby na policji. 

Gdy doszłyśmy na najbliższy posterunek okazało się, że nie jest to ten w którym zajmują się takimi rzeczami. Starszy policjant starał się nam wytłumaczyć, gdzie mamy pójść. Opis drogi był tak skomplikowany, że zielonego pojęcia nie miałyśmy jak tam dojść. 

I wtedy z nieba spadł nam młodziutki policjant, mówiący po angielsku. „Poczekajcie, wezmę parasol i pójdę z wami”. I tak szłyśmy za nim w labiryncie wąskich uliczek jakieś 10 minut. Policjant pytał o prawdopodobne miejsce zgubienia. Carli niestety nie miała pojęcia. „Gdybyś wiedziała gdzie to się stało, sprawdzilibyśmy CCTV i namierzyli zgubę, ale w tym przypadku szanse są praktycznie zerowe”. 

Ludzie na ulicy z niekrytym zaciekawieniem spoglądali w naszą stronę. „Co się stało tym dwóm „blondynką”, że prowadzi je policjant...”.

Na komisariacie Carli musiała wypełnić wniosek. Podawała cierpliwie wszystkie dane, gdy nagle ktoś zapytał: 
-„Jakiego koloru jest twój paszport?”  
-„Ciemnoczerwony”
-„To chyba mamy go w bazie rzeczy znalezionych, widzę na stronie jeden Holenderski paszport, znaleziony wczoraj. Zaraz tam zadzwonię i sprawdzę szczegóły.”

Rozmowa trwała prawdopodobnie kilka minut, siedziałyśmy jak na szpilkach przysłuchując się tej koreańskiej dyskusji.

„Myślę, że to twój paszport. Musisz jutro pojechać do tego punktu i sprawdzić to osobiście”. 

Udało się! Zapewne możecie wyobrazić sobie radość Carli. Miała dosłownie ochotę wyściskać ich wszystkich z całych sił :D 

I tu w mojej głowie pojawia się kolejna mądra myśl. 

Historia kończy się happy enden, tylko ze względu na kilka serdecznych osób. Kogoś kto znalazł paszport i poczuł się do przekazania go w odpowiednie miejsce. Uroczego policjanta, który pomógł nam znaleść drogę. Miłą kobietę na komisariacie, która wytrwale przeszukiwała bazy danych. Same nie znalazłybyśmy go nigdy. Tak, dokładnie to chce powiedzieć… RAZEM MOŻEMY WIĘCEJ!    

Seul, Gangam



Kakao friends - Apeach

Kakao friends - Ryan

W drodze na komisariat. ;)






środa, 5 października 2016

Nie ma czasu na wahanie!

Korea Południowa, Seul.

Mniej więcej rok temu wracałam spacerem z uczelni. W okolicy Placu Wolności zauważyłam grupkę Azjatów dyskutujących przed wejściem do knajpy. Nie byłam pewna, ale miałam wrażenie, że są oni z mojej uczelni. Nie wahając się podeszłam do nich i zapytałam czego szukają. Szukali jakiejś włoskiej restauracji, chcieli po prostu zjeść dobry makaron. Zaproponowałam, że zabiorę ich do pobliskiej knajpy. W drodze zapytali czy chciałabym zjeść z nimi. "Hmm czemu nie.." weszliśmy, pomogłam im z polskim menu, zjedliśmy obiad, a potem jeszcze pyszny deser.

Bez dwóch zdań ten dzień był tym, który sprawił, że dziś jestem tutaj. Wspomniana grupka Azjatów to studenci z Korei, z Korei o której rok temu wiedziałam tylko tyle, że jest podzielona na północną i południową, że produkują technologiczne cudeńka i jedzą psy.

Drugi dzień w Seulu zaaranżowany był w pełni przez mieszkającą tam Hyon. Hyon poznałam właśnie tego dnia na "włoskim" obiedzie. Gdy tylko dowiedziała się, że przyjadę do Korei, wciąż dopytywała kiedy odwiedzę jej miasto. Liczyłam na wspólny obiad czy kolację, ona jednak miała inny plan.

Wspólnie z koleżanką rano przyjechały po nas do hostelu (martwiła się, że nie damy sobie same rady z metrem <3). Pierwszy przystanek to Bukchon Village, jest to okolica małych domeczków z typowymi koreańskimi dachami. Wąskie uliczki, sklepiki z pamiątkami i małe kawiarenki. Dookoła spacerują turyści, część z nich w wypożyczonych Hanbokach (tradycyjnych strojach).

Potem zabrały nas na przepyszny lunch! Czerwona (czyt. super pikantna) zupa z tofu i cała gama dodatków. Razem z Carli po zjedzeniu tego wszystkiego pękałyśmy w szwach. Dziewczyny nie dawały za wygraną i raczyły nas tradycyjnymi słodkościami kupionymi z budkach street foodu.

Kolejny przystanek to Gyeongbokgung Palace. Wow, wow i jeszcze raz wow! Jest to największy z wszystkich koreańskich pałaców i bez dwóch zdań najpiękniejszy! Spacerem przemieszczałyśmy się po kolejnych częściach miasta. Dziewczyny pokazały nam "artystyczną" okolicę w pobliżu stacji Hyehwa, z poukrywanymi na ścianach malowidłami i innymi cudami przy których można robić sobie zdjęcia. Zachód słońca obserwowałyśmy z Naksan Park, spacerując wzdłuż pięknie oświetlonego muru.

Dzień był cudowny! Dziewczyny był najlepszymi przewodnikami jakich mogłyśmy sobie wymarzyć!

I myślę, że tutaj powinnam napisać coś mądrego!

Czasem najzwyczajniej nam się nie chce. Uważamy, że nie warto wychodzić przed szereg, nie warto dawać więcej niż trzeba. Hmm może. Ja jednak głęboko wierze w to, że całe dobro, które komuś przekażemy wróci do nas ze zdwojoną siłą. Tak więc nie wahajcie się, otwierajcie oczy i serca, zwłaszcza na tych których jeszcze nie znacie. Kto wie, może za rok lub dwa to oni będą otwierali je na was... :)

Gyeongbokgung Palace


Bukchon Village, nowożeńcy w Hanbokach.




Urocza Hyon :))



Naksan Park









wtorek, 4 października 2016

Kilka słów o Seulu.

Korea Południowa, Seul.

Po dokładnie miesiącu mieszkania w Korei w końcu dotarłam do stolicy. Seul to jedno z czołowych miast pod względem liczby ludności na świecie. Jego wielkości też imponuje, weekendowy wypad połączony z życiem nocnym i spotkaniami ze znajomymi, to zdecydowanie za mało! Podróż z Gwangju do Seulu zajmuje 3,5 godziny autobusem, co daje nadzieję, że niedługo tam wrócę.

Dotarłyśmy do hostelu w dzielnicy Hongdae - pobliskie uniwersytety sprawiają, że jest to dzielnica ewidentnie studencka. Mnóstwo sklepów, kawiarni, knajp, hosteli, pubów i klubów.

Ze względu na ograniczenia czasowe zjadłyśmy szybko pyszny japoński ramen i ruszyłyśmy metrem do centrum. Wysiadłyśmy w okolicy "City hall" i odrazu poczułyśmy klimat Seulu. Szerokie ulice, wysokie budynki, migające reklamy, eleganckie hotele, restauracje, kawiarnie... Na środku skweru stało mnóstwo ludzi wpatrujących się w profesjonalny występ akrobatów. Wyglądało to tak spektakularnie, że koniecznie musiałyśmy to sprawdzić. Całkiem przypadkiem trafiłyśmy na "Seoul Street Arts Festival". Festiwal odbywał się w całym mieście, składał się z instalacji, występów tanecznych, teatralnych i akrobatycznych.

Na placu obejrzałyśmy dwa pokazy. Tuż obok znajdował się pięknie oświetlony Deoksugung Palace, otoczony parkiem. Pałac aktualnie jest tylko atrakcją turystyczną, ale kiedyś był bardzo ważnym dla koreańczyków miejscem, odbywały się tu spotkania z królem. Na terenie parku kręcony był akurat popularny program telewizyjny, udało nam się więc posłuchać na żywo tradycyjnej koreańskiej muzyki. Po krótkim spacerze kierowałyśmy się do Cheonggyecheon Stream.

Pierwszy raz zobaczyłam to miejsce w jednym z vlogów Krzysztofa Gonciarza, potem opowiadały mi o nim znajome z Korei. Koniecznie chciałam się tam wybrać! Gdy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że znajduje się tam kolejna instalacja...

To co ukazało się naszym oczom, przeniosło nas do innej krainy. Dosłownie odebrało mowę. Instalacje zbudowane były ze świec, w powietrzu unosił się piękny zapach, w oddali grała muzyka, a środkiem powoli płynął strumyk. Nie chciało się wierzyć, że jesteśmy w tym ogromnym mieście. Obie czułyśmy się jak kadrze najpiękniejszej bajki. Próbowałam uchwycić ten moment na zdjęciach, jednak nie da się tego przenieść. W tym przypadku obraz to zdecydowanie za mało.

Wieczór na Hongdae, to zabójcza dawka inspiracji tanecznych. Przypatrywanie się bitwą koreańskich tancerzy rozłożyło mnie na łopatki. Stylizacje, muzyka, ruchy i ten klimat... Aż się łezka kręci w oku :D (Kuki mam nadzieję, że kiedyś Cię tam zobaczę!)

Podsumowując.
Pierwsze godziny w Seulu uświadomiły nam co znaczy "życie w wielki mieście". Na każdym rogu coś się dzieje. Każdy skwer, każda uliczka oferuje ogromnie dużo, czasem, aż za dużo. Oczy biegają na prawo i lewo, a ty nie wiesz czy iść dalej, czy po prostu zatracić się w tej chwili.

Japoński ramen, jeśli zastanawiacie się jak smakuje to cudo polecam YetzTu w Poznaniu! (https://www.facebook.com/yetztupoznan/?fref=ts)




Bajeczny Cheonggyecheon Stream *.*



Nasz 9. osobowy pokój, kreatywnie!